Jan Krusiński ("Stańczyk"), Krzysztof Witczak


Radio Solidarności Walczącej we Wrocławiu


(szkic do przygotowywanego tekstu o RSW)

Jan Krusiński: Kiedy powstawała Solidarność, wiedziałem tylko tyle, że ustrój, który jest w naszym kraju, to nie ten, o który mi chodziło, i że pewnie "ktoś" powinien z tym "coś" zrobić. Z lenistwa, z niewiedzy i z wielu innych powodów nie myślałem o tym, że to ja powinienem "to" zrobić lub być do tego przyczynkiem. Wtedy zrobiłem to, co zrobili inni, ci inni wokół mnie (tak przynajmniej wtedy to wyglądało), zapisałem się do Solidarności, nawet byłem na jednym z wieców przed budynkiem na ul. Mazowieckiej, ale wyszedłem zniesmaczony, bo dla mnie to było za mało, źle, nie tak, w takim przeświadczeniu trwałem do ogłoszenia stanu wojennego.

13 grudnia 1981 roku zdałem sobie sprawę z tego, że wojna zacznie się dopiero teraz. Teraz więc jest czas, żeby się włączyć, coś zrobić. Mieszkałem wtedy na ul. Lipowej, a w mieszkaniu obok mieszkała pani (chyba "Krakowianka"), która zaopatrywała nas w prasę podziemną. Naturalne więc było, że to do niej skierowałem swoją prośbę o skontaktowanie mnie z kimś, kto "coś" robi, bo ja też chcę. Tak też się stało i po niedługim czasie przyszła do nas Ania Bujwid i przeprowadziła ze mną rozmowę. Pewnie się nadałem, bo wkrótce zaczęliśmy drukować "Solidarność Dolnośląską". Grupę drukującą stanowiły cztery osoby: Ania Bujwid, Agnieszka Sidorska, Tadek Bodzioch (u niego drukowaliśmy, to było na ul. Żernickiej, między ul. Szczecińską a Białogardzką) i ja. Jak pamiętam, wydrukowaliśmy siedem numerów. Do mieszkania na ul. Budziszyńskiej, w którym się ukrywały, przychodził jeszcze jeden facet (z uczelni, ale nie pamiętam jego nazwiska), był przez nas podejrzewany o grzebanie w dokumentach, jakie przynosiły Agnieszka i Ania ze spotkań z Władkiem Frasyniukiem, i o posiadanie dodatkowej pary kluczy (tego się wypierał, ale złapaliśmy go, jak wchodził do mieszkania pod naszą nieobecność; zebraliśmy w tej sprawie więcej dowodów).

Prasę drukowaliśmy do 4 marca 1982 roku. Tego dnia poszedłem drukować do Tadka (lekko zalany, bo było Kazimierza) i bardzo długo czekałem na dziewczyny. Po blisko 4 godzinach zdecydowałem się po nie jechać (spóźniały się notorycznie, więc nie było to nic dziwnego). Kiedy zapukałem do drzwi na Budziszyńskiej, drzwi się otworzyły i cztery wielkie łapy wciągnęły mnie do środka z taką siłą, że przeleciałem przez kilkumetrowy korytarz i wylądowałem w łazience, tam też założyli mi kajdanki.

To był "kocioł". Przesiedziałem do rana w tej łazience wędkarskim na stołeczku. Nad ranem, razem z innymi (między innymi zatrzymano tam Krystynę Chmieleńską oraz babsko, które później w obronie własnej skóry wydało na sprawie swojego męża - pracowała w ZETO).

Przesłuchania trwały do 8 marca 1982 roku. 9 marca 1982 roku zostałem przewieziony do Nysy, gdzie do 29 kwietnia byłem internowany. Po wyjściu z "internatu" utrzymywałem kontakty z Wojtkiem Myśleckim i Piotrkiem Medoniem. Cały czas szukałem sobie miejsca w podziemiu, ponieważ "przegadywanie" i "gdybanie" o przeszłości i przyszłości mnie nie interesowało. Po tym, jak Wojtek napompował balon gazem z kuchenki gazowej i ten się urwał (fakt ten przypominam, aby określić czas, a nie jako przyczynek do mojej decyzji), wysłałem Tereskę do Wojtka z prośbą, aby dał mi coś do roboty, a najlepiej nadajnik. Wojtek się zgodził i dostałem "czarną skrzynkę" - nadajnik robiony we Wrocławiu. Po niedługim czasie Wojtka aresztowali i pierwszą audycje nadałem ze swojego balkonu w kierunku ul. Świebodzkiej, audycja trwała 1,5 minuty i była słyszalna przez radiowęzeł więzienny, bo nadawałem na liście przebojów. Po wyjściu z pierdla Wojtek mi podziękował. Potem wydarzenia potoczyły się błyskawicznie:
- zostałem wezwany do Wojtka, żeby przedstawić plan działania i opisać koncepcję;
- od Wojtka dostałem część nadajników;
- zostałem skontaktowany z Janem;
- od Jana dostałem część nadajników;
- Jan zaproponował mi szefowanie radiu (początkowo odmówiłem, ale później przejąłem nad radiem całkowitą kontrolę);
- Jan zaproponował mi złożenie przysięgi (zgodziłem się).

Jak ja to widziałem? Z uwagi na ogromne trudności zorganizowania czegokolwiek w podziemiu, organizując radio, chciałem jej uczestnikom zapewnić maksimum bezpieczeństwa, a radiu "długowieczność". Tak je "zaprojektować", aby było pozbawione jak największej ilości elementów "rozhermetyzowujących" grupę.

W moich założeniach kierowałem się kilkoma następującymi przesłankami.

- Przesłanka pierwsza: hermetyczna, niezależna grupa

Radio podziemne, konspiracyjne to w moim zamyśle niezależnie działająca grupa osób, kontaktująca się ze społecznością lokalną poprzez eter (fale radiowe). Fale radiowe to nie gazetki. Tutaj kolporterem jest powietrze, przestrzeń wokół słuchającego, no i oczywiście jego odbiornik radiowy czy telewizyjny. Na styku nadawca-odbiorca nie występuje kolporter czy inna osoba trzecia, konieczna do przekazania informacji. W przypadku radia nie ma pomieszczeń o charakterystycznym zapachu farby drukarskiej (pierwszy element potencjalnej wpadki), nie ma skrzynek kolportażowych, gdzie składowane i skąd pobierane są całe sterty gazetek (drugi element potencjalnej wpadki), nie ma też samych kolporterów snujących się po okolicy, nierzadko w deszczu i na mrozie, z wypchanymi prasą torbami. W radiu tego nie ma. Radio, nie musi mieć też wielu, wielu innych elementów w całej tej machinie mogących doprowadzić do wpadki.

- Przesłanka druga: odzyskiwany sprzęt

Sprzęt jest bardzo drogi. I serce rwało mi się na strzępy, gdy nie mający jakiegokolwiek rozeznania w tej materii "podziemniacy" montowali nadajniki warte dziesiątki tysięcy złotych na dachach domów, tylko po to, aby nadać (lub nie) kilkuminutową, wcześniej zapowiadaną audycję. Nadajnik tak czy tak przepadał. Oczywiście, medialny efekt "walczymy z komuną" został osiągnięty, ale takie działanie wydawało mi się, i wydaje do dzisiaj, mało inteligentne i kosztowne, czyli nie zoptymalizowane.

Zorganizowane przez nas na nowo Radio Solidarności Walczącej nadawało na częstotliwościach radiowych i telewizyjnych, zajętych przez "reżim" i na najpopularniejszych programach. Takich, do słuchania których nie trzeba ludzi namawiać. W owym czasie takimi programami była: "Zapraszamy do Trójki", sobotnia lista przebojów (słuchana także w więzieniach i aresztach) i msze niedzielne (z powodu nadawania na mszy mieliśmy wiele uwag krytycznych i dlatego zrezygnowaliśmy).

Przez nadawanie na falach stacji reżimowych drwiliśmy sobie z nich podwójnie: to komuna rozprzestrzeniała, była kolporterem naszych audycji, to oni roznosili nasze informacje o tym, że system, w którym żyjemy, i władza, która niby jest nasza, są do d... My pozostawaliśmy nietknięci i cokolwiek by "kumuna", "władza" zrobiła, nasze było na wierzchu, to my byliśmy górą. Aby nas złapać, musieliby zaangażować ogromne środki techniczne i finansowe (i tak zaangażowali, ale za małe, i g... im z tego wyszło). I tak milicjanci w swoich "sukach" słuchali "Trójki" i jakby przy okazji... naszych, Radia Solidarności Walczącej, audycji. Wiem o tym, bo sam na skanerze, na którym podsłuchiwałem ubeków i milicjantów, słyszałem relacje w rodzaju: "Ty, k..., solidarka nadaje... no tu, na trójce słuchamy... no w radiu..." itp.

- Przesłanka trzecia: strategia nadawania - pelengatory

Przy opracowywaniu tej przesłanki starałem się przestrzegać zasady, aby poszczególne grupy emitowały (nadawały) audycje z kilkunastu nadajników jednocześnie i na tej samej częstotliwości. Audycje były nadawane na częstotliwościach (w pasmach) zajmowanych przez popularne programy radiowe czy telewizyjne - programy religijne, muzyczne lub informacyjne. We Wrocławiu był to trzeci program PR, UKF na częstotliwości 72,11 MHz, drugi program PR, UKF na częstotliwości 68,75 MHz (nie pamiętam dokładnie), na fonii I programu TV, na częstotliwości 229,75 MHz, oraz na częstotliwości pierwszej eksperymentalno-amatorsko-ubeckiej stacji telewizyjnej, której właścicielem był Henryk Pacha - to było chyba 60,72 Mhz.

Krzysztof Witczak: Henryk Pacha był w tym czasie pracownikiem TVP Wrocław, a "w cywilu" radioamatorem krótkofalowcem, zresztą paskudnie czerwony.

Na jesieni 1983 (?) doprowadził do uruchomienia eksperymentalnego programu TV, na kanale bodajże 2 (gdzieś koło 65 MHZ), z mocą fonii ok. 50 watów. Program nadawany był, o ile mnie pamięć nie zawodzi, z nadajnika TV umieszczonego na Poczcie Polskiej przy ul. Krasińskiego.

Myśmy to wykorzystali natychmiast i nadawane były audycje; trzy z "bunkrowca" przy pl. Grunwaldzkim, z mieszkania mojego kolegi Jurka Sandeckiego mieszczącego się nad sklepem "Artur" (Tutaj mieliśmy ciekawe zdarzenie, ponieważ po włączeniu nadajnika umieszczonego przy oknie, włączył się jednocześnie gramofon stojący w innej części pokoju i zaczął cos tam rzęzić).

Kolejne audycje nadawane były z mieszkania przy ul. Balzaka na Oporowie, które udostępnili nam Teresa i Konrad Krzewiccy (po kilku miesiącach jeden z poltegorowskich emerytów, który przyszedł do zakładu w jakiejś sprawie, w tajemnicy opowiadał, że SW nadawała audycję telewizyjną na Oporowie).

Następne były z mojego zakładu pracy, Poltegor przy ul. Rosenbergów (obecnie ul. Parkowa), kilka audycji poszło z mojego mieszkania na Kuźnikach oraz z mieszkania przy ul. Na Polance, a także z mieszkania mojego kolegi Marka Wasiewicza na Kuźnikach.

U Marka doszło do prześmiesznej i zarazem wzruszającej sytuacji, kiedy nadajnik rozłożony pod stołem w pokoju emituje sobie audycje, a tu w pewnym momencie na klatce schodowej słychać krzyk (właściwie można powiedzieć: wrzask) sąsiada: "K..., ludzie Solidarność nadaje w telewizji!".

Jan Krusiński: Emisja, nadawanie audycji odbywało się z nadajników ułamkowej mocy (w stosunku do nadajników reżimowych to była naprawdę ułamkowa moc: oni mieli po kilkadziesiąt kW (kilowatów) mocy, my jedynie 40 do 120 W (watów). Oni pokrywali swym zasięgiem cały Dolny Śląsk, my jedynie budynki w promieniu kilkuset metrów od każdego nadajnika. Oni nadawali z poczty przy ul. Krasińskiego i ze Ślęży (oraz Pacha z ul. Grabiszyńskiej), my z mieszkań najkorzystniej usytuowanych dla nadawania w tzw. blokowiskach, w centrum blokowisk i na najwyższych piętrach lub żeby antena była jak najwyżej.

Krzysztof Witczak: Pewnego dnia, jadąc z pracy, zauważyłem na dachu 16-piętrowego budynku przy skrzyżowaniu Strzegomskiej i Gubińskiej urządzenie przypominające pelengator (bawiąc się amatorsko w radiołączność, potrafiłem rozpoznać takie urządzenie) i natychmiast pojechałem do Krusińskich z informacją.

Okazało się, że z ich mieszkania można za pomocą lornetki zobaczyć identyczne urządzenie, zamontowane na wieżowcu Poltegoru przy ul. Powstańców Śląskich. Kolejne urządzenie zlokalizowano na wieżowcu przy ul. Szczytnickiej. Wynikało z tego, że utworzono trójkąt.

Po analizie zagrożenia postanowiliśmy na minutę włączyć jeden nadajnik i obserwować, co się dzieje z tym pelengatorem na Poltegorze. Okazało się, że natychmiast wystartował (antena zaczęła się obracać). Jednocześnie prowadziliśmy nasłuch pasm milicyjnych i ubeckich, ale żadnej reakcji nie było, choć nie świadczyło to w zasadzie o niczym.

Postanowiliśmy nie zwracać uwagi na grabie na dachach, a zabezpieczyć się tylko przed emitowaniem przez nasze nadajniki tzw. prążków poza częstotliwością nadawania, tak aby na częstotliwościach niezajętych przez nadajnik reżimowy, nie pojawiły się zakłócenia od naszych nadajników, które można by łatwo namierzyć przez pelengatory. Innym zabezpieczeniem była lokalizacja nadajników poza polem trójkąta wyznaczonego przez pelengatory oraz kolejna sprawa: start co najmniej trzech nadajników jednocześnie z dokładnością co do minuty.

Czy pomogły te zabezpieczenia, nie wiem, ale nie zamknięto żadnego z nas, a Radio SW nadawało do czasu oficjalnego ujawnienia Solidarności Walczącej na Zjeździe w Warszawie.

Na Zjeździe Teresa i Janusz kręcili film amatorską kamerą, który następnie, podany pilotowi na lotnisku Okęcie, został przekazany do Wrocławia, gdzie na lotnisku czekał już pracownik Telewizji Echo, zabrał do studia i prawie bez skrótów wyemitowano go na antenie TVE.

Po zjeździe został wyemitowana audycja "zjazdowa" i była to chyba ostatnia audycja Radia Solidarność Walcząca.


Ludzie związani z RSW:
Janusz i Ania Lubkiewicz, przew. Solidarności Pafawag (dał do audycji mieszkanie przy ul. Ślicznej - sylwester 1982 r.),
Wiesław Cupała,
Jurek Przystawa - teksty, głos,
Janusz Lewandowski - nadajnik z lokalizacją,
Ryszard Kobojczyk - nadajnik z lokalizacją,
Ziemek (?) - nadajnik z lokalizacją,
Tomek Wawrzyniak ("Gomez") - nadajnik z lokalizacją,
Michał (knajpa w Rynku) - nadajnik z lokalizacją,
student z historii (z grupy młodych),
Michał Maleszka, "Sławek" - konstrukcje nadajników radiowych i TV (nauczyciel w Technikum Mechanicznym przy ul. Młodych Techników),
Jan Pawłowski ("Zygmunt Stary"),
Zbyszek Jagiełło,
"Krakowianka" (pracowała w BWA przy ul. Świdnickiej),
Wojtek Stando ("Kucyk").

Jan Krusiński:

- Przesłanka czwarta: zasada grupowania osób

Przy opracowywaniu (rozpatrywaniu) tego elementu organizacyjnego uwzględniłem to, że:
- mają to być kilkuosobowe grupy (maksymalnie 5 osób) - studenci, pracownicy jednozmianowi, wielozmianowi, emeryci, renciści oraz osoby niepracujące,
- ludzie o podobnym wykształceniu i poziomie intelektualnym łatwiej się dogadują,
- w małych grupach łatwiej jest ustalić wspólne terminy nadawania,
- grupa nadaje niezależnie w uzgodnionych przez siebie dniach i godzinach,
- podobny charakter wykonywanej pracy zawodowej pozwala na dobranie niekolidującego z innymi zajęciami czasu nadawania,
- miejsce, z którego zostanie wyemitowana audycja - niektórzy nadawali z miejsca zamieszkania, inni z różnych powodów zmieniali miejsce nadawania.

Uwagi ogólne:

Przestrzenne rozmieszczenie nadajników na terenie objętym emisją było warunkiem podstawowym. Nie mogło się tak zdarzyć, aby nadawcy nadający w tej samej grupie i o tej samej godzinie nadawali z tego samego bloku czy akademika. Mogli natomiast nadawać z tej samej ulicy czy rejonu miasta - w tym przypadku musieli być oddaleni o minimum kilometr, aby fale z poszczególnych nadajników nie zachodziły na siebie, aby się nawzajem nie zakłócały.

- Przesłanka piąta: "przywiązanie chłopa do ziemi"

Był to niewątpliwie chwyt socjotechniczny, nie do końca uczciwy w stosunku do przyszłych pracowników podziemnego Radia Solidarności Walczącej, ale inaczej się nie dało, a robotę trzeba było zrobić. Problem bowiem polegał na dobrej - właściwej z punktu widzenia rozchodzenia się fal radiowych, lokalizacji mieszkania, np. bardzo dobre było mieszkanie na wysokim piętrze, z balkonem zwróconym w stronę dużej ilości mniejszych domów. Taką lokalizacje zapewniało mieszkanie mamy Witka Szczeblewskiego na osiedlu Nowy Dwór, bo na końcu osiedla, na jednym z ostatnich pięter, zwrócone w stronę całego osiedla, w stronę ul. Gubińskiej, lub mieszkanie "Dziadka" przy al. Pracy - na dziesiątym lub dziewiątym piętrze, zwrócone w stronę kościoła i niskiej zabudowy przy ul. Grabiszyńskiej - z tego miejsca było nas słychać aż przy ul. Pereca, stąd nadawał Robert Kazubowski, zaprzyjaźniony długoletni pracownik studenckiego radia, bardzo porządny człowiek.

Tak więc problem polegał na tym, że jedni mieli "dobre" mieszkania, a drudzy chcieli nadawać i nie mieli skąd. Koligacja polegała z grubsza na tym, że takiego delikwenta, co miał "dobre" mieszkanie, prosiło się o zrobienie "TYLKO JEDNEJ AUDYCJI", po pewnym czasie przychodziło się po raz drugi i prośbę powtarzało, ale po zakończeniu nadawania zostawialiśmy nadajnik, mówiąc, że odbierzemy jutro. Jutro, oczywiście, przychodziliśmy i nadajnik zabieraliśmy, ale przedtem pytaliśmy, czy się zgodzi na pozostawienie go na stałe. W większości przypadków ten lub podobny zabieg skutkował pozyskaniem nowego współpracownika Radia Solidarności Walczącej, który sam nie zawsze umiał nadawać, ale mieszkanie było dobre. Poza tym, mając sprzęt w domu lub w piwnicy, był mniej "wymowny" i dochowywał przyrzeczenia, że nikomu nie powie. Pewnie zawsze takie zagrożenie istniało, ale wpadka była mniej prawdopodobna, bo w rozliczeniu wchodziła przecież JEGO, czyli właściciela mieszkania, skóra. Inaczej jest, gdy narażamy cudze bezpieczeństwo, inaczej, gdy swoje własne.

Tak było w Warszawie, gdy po aresztowaniu Romaszewskich i lokalnego (z Ursusa) szefa tamtejszego radia pojechaliśmy im pomóc. Okazało się, że mamy nadawać z mieszkań obstawionych i dawno spalonych. Tak to jest z tą odpowiedzialnością zbiorową i z bezpieczeństwem innych. Wystawiamy ich bez skrupułów. Uniknęliśmy wpadki tylko dzięki kierowcy "malucha", który nas woził po Warszawie i okolicach ze sprzętem. On to właśnie powiedział mam, że pieprzona warszawka wystawiła nas na odstrzał. Zaproponował nam sobie znane miejsca i uważane przez niego za pewne. Misja warszawska została uwieńczona sukcesem i następna też, ale przygotowaliśmy ją już tylko z nim (dziękuję mu bardzo, nazwiska nie pamiętam), na koniec odwiózł nas do Podkowy Leśnej, gdzie skuliśmy się na amen - z tej radości rzecz jasna.

Krzysztof Witczak: Kto się skuł, ten się skuł, Januszek wychłał z Ewą, właścicielką domu, gdzie nocowaliśmy, literka, a na drogę dostaliśmy od niej jeszcze jednego literka wódki.

W pociągu Januszek prawie siłą namówił do picia pułkownika, wojskowego wracającego, jak się okazało potem, z misji w Libanie czy też na Wzgórzach Golan. Następnie stwierdził, że koleś jest rozsądny i zaczął go przekonywać do Radia Solidarność Walcząca. Niewiele brakowało, aby zaraz gościa zaangażował do robienia audycji. Nawet moje stwierdzenie, że pan pułkownik, będąc na misji na 100% jest powiązany z wywiadem wojskowym, nie pomogło w zapędach zwerbowania nowego działacza SW, dopiero puste dno pierwszej butelki i mój szlaban na drugą, jeszcze przed Łodzią spowodowały spacer Januszka do "Warsu" w poszukiwaniu kolejnej flaszki.

Co do emisji audycji w Warszawie, to kontakt na Warszawę załatwił nam mój daleki kuzyn Ryszard Szadkowski, działacz Solidarności Nauczycielskiej w Warszawie.

Gdy spotkaliśmy się z ludźmi, z którymi mieliśmy robić audycję, skrytykowali nasz sprzęt (torba turystyczna, w której był nadajnik, akumulator i antena "polowa" z linki oraz tuba o średnicy około 10 cm, długa na prawie 1,5 m, w której była antena kierunkowa). Pochwalili się, że oni mają nadajniki, które mieszczą się w kieszeni. Janusza tak to wkurzyło, że chciał wracać do Wrocławia.

W pierwszym mieszkaniu, skąd nadawaliśmy na antenie "polowej", warszawiaki mieli zorganizowane raportowanie zasięgu radia. Po kolejnym telefonie, gdy podano, że słychać nas kilka kilometrów od miejsca nadawania, szczęki im opadły i skończyło się tym, że przy wyjeździe prosili nas o wykonanie takich nadajników. Nic z tego, zresztą nie wyszło. Jeśli chodzi o brak odpowiedzialności warszawiaków, to Janusz tutaj nieco przesadził. Miejsca nadawania były OK, natomiast zakwaterowano nas w mieszkaniu kobiety, w którym nieco wcześniej była rewizja, a rano okazało się, że nadal jest to punkt kolportażowy "Tygodnika Mazowsze".

Jan Krusiński:

- Przesłanka piąta: scenariusze i "dusza radia"

Z góry zakładałem i takie też przyzwolenie od Kornela dostałem, że radio będę prowadził według własnego upodobania, a on będzie się temu przyglądał (przysłuchiwał), komentował, korygował i pouczał. Jak ktoś zna Kornela, to wie, że takich pouczeń nie było, a jedynie co jakiś czas prośba o nadanie audycji z przesłanym tekstem.

Scenariusze sporządzała moja ówczesna małżonka Tereska Krusińska. Opierała się w głównej mierze na prasie podziemnej i przesłanych tekstach Kornela lub Jurka Przystawy, który notabene najwięcej pomyj wylał na Radio Solidarności Walczącej. Raz, że nie słychać - kiedy zacząłem robić audycje na mszy niedzielnej na drugim programie UKF, to przyleciał z krzykiem, że nie wolno na katolickich (no, ale jak nie wolno, kiedy nie słychać?), dwa, że radio nie ma duszy, no bo niby tym powinni zająć się fachowcy - to co, mam wszystko konsultować z fachowcami z radia na Karkonoskiej? On chyba oszalał. Ja wiem, że audycje nie są wysokiego lotu (pewnie nawet żadnego lotu nie są), ale są czytelne i mówią o sprawach dzisiejszych. Takie argumenty mojego serdecznego przyjaciela, Jurka Przystawy nie przekonały i po kilku sprzeczkach skontaktował mnie z ówczesnym dyrektorem Teatru Współczesnego, panem Kazimierzem Braunem (to dzięki niemu wrocławianie mogli obejrzeć adaptację książki Alberta Camusa"Dżuma"), z którym odbyłem rozmowę na ten temat.

Mój nauczyciel pilnie przesłuchał przyniesione przeze mnie i odtworzone z magnetofonu audycje. Zadumał się chwilę i powiedział: - Tak naprawdę to najpilniejszymi słuchaczami tych audycji są pewnie ubecy i milicjanci.

- Hm, no cóż, chyba tak.

- Materiał informacyjny, jaki umieszczasz w tych audycjach, jest znany tym, którzy czytają prasę podziemną, a nieznany przestraszonym i głupcom.

- Pewnie tak.

- Podsumujmy: to dla ubeków, milicjantów i przestraszonych robisz te audycje, głupcom nic nie pomoże.

- Mnie się też tak wydaje, to jest, myślę, właściwe określenie kręgu odbiorców.

- Nie przerywaj mi, myślę... I myślę, że tymi audycjami powinieneś podnosić w tych ludziach poczucie beznadziejności działań - to w stosunku do ubeków i milicjantów, a poczucie nadziei i wiary, że Wałęsa jeszcze wszystkiego nie spieprzył i, że wszystko może się zdarzyć - to w stosunku do przestraszonych i pogrążonych w beznadziei. W audycjach umieszczaj jak najwięcej tekstów w rodzaju: tu Radio Solidarności Walczącej, słuchasz Radia Solidarności Walczącej... Niech wiedzą, że opór nie ustał, gań pracę ubeków i milicjantów, wykazuj beznadziejność ich działań - chociażby w schwytaniu twojego radia.

Na odchodne jeszcze jedno: audycje nie mogą być za długie - 5 do 7 minut, bo za długich i tak słuchacze nie zapamiętają, radio przekazuje przecież ulotne treści, treści zapisane w ulotnej części naszej pamięci. Cześć.

- No to cześć!

Tak też robiłem od tamtego spotkania, audycje miały taki właśnie charakter, już nie były tasiemcowate 30-40 minutowe z monumentalnym wejściem: Boże coś Polskę..., ale 7-10-minutowe, takie bardziej rześkie i kpiarskie z dużą dozą optymizmu, gdzie trzeba.

- Przesłanka szósta: realizacja audycji - przyspieszenie taśmy

Realizacją audycji zajmowała się od zawsze moja była żona Teresa. Dobierała teksty określała ich kolejność. Głosy do audycji (czytali teksty) dawali nasi przyjaciele, ci, którzy nadawali, też czasami dawali głosy. Najlepiej jednak wypadała Tereska i Jurek Przystawa.

Ze względu na to, aby nasi spikerzy nie zostali rozpoznani przez kolegów, sąsiadów lub innych, nagrane audycje słowne były przyspieszane, bardzo lekko, aby emitowany potem głos nie mógł być rozpoznany, a jednocześnie, by nie tracił na wyrazistości, zrozumiałości. Pewnie, że to nie zabezpieczało na wypadek wpadki - po spowolnieniu taśmy bez trudu można było rozpoznać, kto to mówi, ale żeby to zrobić, żeby to było potrzebne, trzeba było najpierw nas złapać.

- Przesłanka siódma: paliwo

W tamtych czasach wszystko było problemem. Kiedy dziś podjeżdżam na stację i tankuję do pełna, zawsze wraca myśl sprzed lat: to przecież ta sama stacja, to przecież ten sam facet.

Tak, do dziś tankuję na tej samej stacji. Ten facet to Andrzej Łanda, to on na każdą moją prośbę mówił: - Tak, nie ma sprawy, przyjedź. Tylko weź szczelne kanistry, bo te, co miałeś ostatnio, bardzo ciekły, i śmierdziało na zapleczu. Aha, zapomniałbym, przyjedź po północy, będzie więcej luzu, to może coś chlapniemy.

- Przesłanka ósma: hermetyczność radia

Hermetyczność radia była w pewnym sensie zagwarantowana anonimowością zespołu. Ludzie ci nie brali udziału w zadymach, nie byli w przeszłości działaczami ani dziećmi działaczy. Większość z nich miała nadajniki w swoich domach i stamtąd nadawała, zatem przez ten fakt starali się również zachować swoją działalność w tajemnicy.

Był jednak kiedyś taki przykry incydent. Zaraz po aresztowaniu Kornela szefem SW został Krzysztof Błachut i on to przysłał do mnie kurierkę z żądaniem bezwzględnego podporządkowania się i pilnego skontaktowania z nim. W tamtej sytuacji uznałem to za sabotaż i powiedziałem kurierowi, żeby pan Błachut pocałował mnie w d... Wiem, co mam robić, i robić będę, póki nas nie złapią, a w sytuacji zagrożenia należy się okopać, a nie odkrywać, niech idzie w cholerę. I poszedł, więcej się nie odezwał, a kiedy Kornel wyszedł na wolność, dostałem podziękowania za "SZCZELNOŚC RADIA". I tak ma być, a co!

- Przesłanka dziewiąta: współpraca z innymi "radiami"

Krzysztof Witczak: Wyjazdów było sporo, Warszawa, Łódź, Poznań, Zabrze, Opole, Jastrzębie, a także wyjazd w góry, do Zakopanego. Teresa z Januszem - audycja wyjazdowa w Szczecinie.

Jan Krusiński:

- Przesłanka dziesiąta: zakończenie działalności

Miała być, ale nie było. Na koniec radia złożyły się moje frustracje i rozpad mojej rodziny, rozgoryczenie nową rzeczywistością, brak perspektyw, uświadomienie sobie, że tak naprawdę to myśmy przegrali. Taka firma jak Solidarność Walcząca nikomu nie jest potrzebna. Wałęsa rozpieprza Solidarność, a do władzy doszli "spokojni i cisi". A w zamyśle miało być tak hucznie.

Rozmiar: 27837 bajtów